Pytania odnośnie surowej diety, sypią się i sypią. A ja powiem wam, że zostałam tak zasypana tym stosem pytań, że zasiedziałam się pod nim – bo względnie miło i ciepło.

Czas jednak ogarnąć wewnętrznego prokrastynatora (klik!) i wziąć się za poważną robotę. Moja specjalność bowiem to rozwiewanie wszelkich wątpliwości, szczególnie w obszarach, które tak długo praktykuję w moim własnym życiu. Dlaczego? Bo wszelkie swoje własne wątpliwości rozwiałam już dawno temu. Dla mnie, jedzenie surowego pokarmu jest tak oczywiste, jak to, że jestem i żyję. (Albo na odwrót.)

Jest zwykłe, przeciętne i całkowicie normalne.

Nie robię wielkiego halo z mojego sposobu odżywiania, tak jak nie robię wielkiego halo z tego, że oddycham. Tak jest, po prostu. Jak ktoś się mnie o to pyta, to z chęcią opowiadam, ale jeśli nie – to moje usta zwykle zajęte są śmianiem się, wywoływaniem emocji oraz opowiadaniem głupotek i duchowych pierdół, które z jakiegoś tajemniczego powodu są dla mnie ważniejsze niż to, ile winogron zjadłam na śniadanie.

Skłamałabym, jeśli bym napisała – Wiem, jak ciężko może być, kiedy chcesz coś zmienić.

Bo mnie było wybitnie łatwo. Od samiusieńkiego początku.

Opowiem Ci teraz, co i jak zrobiłam, że było mi tak łatwo. Być może dzięki temu Tobie też będzie. Nie wiem, czy mój sposób sprawdzi się u wszystkich. Nie wiem naprawdę, czy taki sposób odżywiania jest dla każdego.

Nie jestem z gatunku tych, którzy starają się usilnie przekonać wszystkich do swojej racji. (Przynajmniej już nie.) Dzielę się swoim doświadczeniem, i każdy może wziąć z niego, tyle ile uważa za słuszne, albo zupełnie nic.

Moją życiową dewizą jest: If you never try, you will never know. I to polecam wszystkim: sprawdzać na sobie i myśleć samodzielnie, nie brać niczego na wiarę – bo wiara to tylko koncept, puste słowa, kłamstwo niemalże. Tylko doświadczenie daje wiedzę i ukazuje, co jest prawdziwe, a co nie. A eksperymenty są zadziwiająco fajne i ekscytujące – rodzące emocje i stany, jakich do tej pory nie znałeś.

Zmieniają życie. Po prostu.

Teraz Ci opowiem, jak zmieniły moje.

Rok 2009

W wieku 12 lat przechodzę na wegetarianizm, po obejrzeniu filmiku z końskiej rzeźni. Uwalniam się od znienawidzonego od dziecka mięsa bezpowrotnie. Moja dieta oparta jest na pierogach, naleśnikach, serku wiejskim i jajkach, chlebie, a także chlebie obtoczonym w jajkach. Jako że zmiana następuje po moim intensywnym, autodestrukcyjnym okresie niejedzenia – wszyscy myślą, że to tylko kontynuacja moich zaburzeń psychicznych. W szpitalach zaczynam stanowić obiekt westchnień i ukrytej zawiści, kiedy na moim talerzu lądują kluski leniwe z cynamonem, zamiast kapciowatego kotleta w szaro-burym sosie.

(Raczej nie było wtedy instagrama, więc wymowna kanapka z jajkiem musi wystarczyć, jako przykładowy posiłek z 2009.)

Rok 2012

Pierwsza klasa technikum weterynaryjnego. Dowiaduję się, jak utrzymywane są krowy na fermach mlecznych. Odstawiam nabiał, mimo protestów rodziców (wydaje im się, że to nawrót depresji, ja bym powiedziała – raczej jej przeciwdziałanie). Niedługo potem, jajka także zostawiam kurom. Czuję się lepiej niż kiedykolwiek. I niestety… lepiej niż ktokolwiek. Rozpoczynam fazę wege-terroryzmu. Obklejam lodówkę rodziców zdjęciami z rzeźni, chodzę na różne protesty wegańskie, trąbię o tym na facebooku wszem i wobec, okrzykując wszystkich mordercami. Pomiędzy terroryzowaniem i byciem współczesną faszystką, pogryzam kostki tofu wędzonego, które staje się bazą większości moich posiłków.

Rok 2013

Już mi trochę przechodzi, czuję się lepiej fizycznie i psychicznie. Powoli zaczynam odpuszczać, sobie i innym. Jedzenie nadal nie jest ulubioną czynnością w moim życiu, ale staram się do niego przekonać siebie i innych, zakładając bloga kulinarnego i eksperymentując z rissottami, dahlami i chilli sin carne. Wkręcam się w wegańską kuchnię, zaczynam być zwolenniczką ortodoksyjnego do it yourself, więc piekę chleby na zakwasie, robię najlepszy na świecie hummus z bobu, i pasty o smaku makreli. Na święta wszyscy zachwycają się pasztetem z soczewicy, a babcia myśli, że znowu zaczęłam jeść mięso.

Rok 2014

Wyprowadzka rodziców. Zostaję sama w domu, czuję się wolna i gotowa na kolejne zmiany.

Potrzebuję zmian, jak ptak potrzebuje nieba, jak awokado tostu, jak księżniczka swojego rycerza! (Dobra, przesadziłam.)

Zaczynam prowadzić dalsze eksperymenty, w tym też te na tle jedzeniowym. W wyniku głębokiej analizy myślowo-czuciowej, dochodzę do wniosku, że surowe rośliny są idealnym pokarmem dla ludzkości (w szczególności owoce – przygotowane od razu do jedzenia, słodkie, pożywne, pyszne i piękne, najbardziej zbliżone do pokarmu naturalnego).

Zaczynam jeść zielone szejki na śniadanie. Zmiksowane owoce rano dają mi takiego kopa, że szybko zaczynam wprowadzać coraz więcej surowizny. Przychodzi to bardzo naturalnie i bez spiny do siebie samej. Odczuwam to jako pierwszy list miłosny, który wysyłam w swoim kierunku, każdego dnia. Wydaje mi się, że te banany zmiksowane ze szpinakiem, przy każdym kęsie mówią po cichu “kochamy cię, Olu”.

Idę do wujka google po poradę, czy aby kompletnie nie zwariowałam. Wpisuję w wyszukiwarkę: “dieta owocowa”. Znajduję bloga Pepsi Eliot, która przekonuje mnie, że nawet jeżeli, to “tylko wariaci są coś warci” i że mogę ze spokojem wariata dalej jeść moje owoce. Kompulsywnie zaczynam czytać wszystkie artykuły na temat witarianizmu, jakie mi wpadną w ręce, przez co, przez moment popadam w skrajne poglądy DurianRajderowców, RawTill4 i DaglasówGrahamów z 80:10:10. Poglądy te prowadzą mnie do fanatycznego chołbienia węglowodanów, robienia CARB THE FUCK UP i zapychania się olbrzymią ilością bananów i ryżu.

(W tym pierwszym roku pożarłam taką ilość bananów, że do dziś za bardzo nie mogę na nie patrzeć.)

Rok 2015

Moja dieta jest już w większości oparta na surowiźnie. Jem dwa surowe posiłki, a wieczorem gotuję sobie wielką miskę ryżu z warzywami, albo zupę z soczewicy, albo piekę ziemniaczkowe łódeczki. Zachwycam się moim samopoczuciem, energią, zmniejszeniem częstotliwości napadów depresji i bezsensu. Zaczynam zachwycać się też moim ciałem, które do tej pory tkwiło wraz ze mną w relacji zdecydowanie bardziej hate niż love. Wprowadzam więcej zmian w moim życiu, zaczynam widzieć gdzieś mój sens, moją radość, zaczynam widzieć więcej kolorów niż tylko wszechszarość. Dieta zdecydowanie mi służy.

 

Rok 2016

Ferie zimowe. Lecę z moim tatą na Cypr. W związku z tym, że nie mam żadnych garnków i przyrządów do gotowania, a wegańskość potraw w pobliskich knajpach jest co najmniej wątpliwa, postanawiam, że spróbuję być 100% na surowo. Objadam się mandarynkami, małymi banankami, szpinakiem i daktylami. Czuję się jeszcze fantastyczniej niż zazwyczaj.

Po powrocie do Polski, rzucam się zaraz do kuchenki i gotuję zupę z soczewicy. Spodziewam się całej feerii smaków, a tu zonk! Zupełnie mi nie podchodzi. Zjadam ją, mimo to.

Szybko jednak zaczynam żałować, bo na całą noc ląduję w toalecie. Wymiotuję tą soczewicą, i wymiotuję, i wymiotuję. Następnego dnia wiem już, że to koniec gotowanego, że moje ciało już go nie chce.

Po raz pierwszy, zaczynam go słuchać, a luty 2016 staje się miesiącem (wcale nie tak łzawych) pożegnań z ulubionymi ziemniakami i ryżem.

Rok 2017

Moja dieta wygląda następująco: Wodniste owoce (winogrona, melony, arbuzy), cięższe owoce (banany, mango, daktyle) i wieczorna sałatka, złożona z wielkiej ilości zielonych liści i dodatków przeróżnych. Przez cały dzień przegryzam owoce zielonymi listkami.

Często eksperymentuję z różnymi surowymi chlebkami i sosami do sałatek, ale wszystko utrzymuję względnie niskotłuszczowo. Jem od czasu do czasu orzechy i pestki, ale w pewnym momencie zaczynam się po nich źle czuć.

Jako źródło tłuszczu pozostaje dobrze strawna sezmowa pasta, występująca w codziennej, najlepszej na świecie sałatce polanej sosem tahini-czosnek-cytryna i owiniętej w surowe nori. Mmmmm, najlepszość!

Rok 2018

Moje jedzenie wciąż i wciąż się upraszcza. Nie to, że tak chcę, bo kocham moje sałatki, i kocham sosiki, i to wszystko jest bardzo fajne. Ale moje ciało zaczyna mnie prosić o prostsze. Więc jest coraz prościej. Sałatki robią ałt, awokado, nasiona i orzechy robią ałt, wchodzi więcej owoców i masa zielonych soków.

Gdy nadchodzi lato, postanawiam spróbować długiego postu arbuzowego. Kocham arbuzy i to nie jest dla mnie żaden wysiłek. Zaczynam się jednak czuć tak zmęczona i tak senna po każdym posiłku, że przesypiam większość dnia. Wracam do zielonego, włączam dużo soków z pietruszki, selera, szpinaków i sałat – i to od razu mnie stawia na nogi. Greens 4 the win!

W rezultacie jest bardzo zielono i nieskomplikowanie.

Rok 2019

2019 upływa pod znakiem prostoty, przegryzanej jednak udziwnionymi daniami raw gourmet, raczej ze względów towarzyskich, niż potrzeb ciała i ducha. Zaczynam jeść rzeczy solone i okraszone zimnotłoczonym olejem, rzeczami, których w moim jadłospisie nie było od dobrych czterech lat, jak nie dłużej. W pewnym momencie, przechodzę nawet na wyłącznie polskie produkty, czyli głównie jabłka i gruszki, włączam też miód do diety.

Nie ukrywam, czuję się masakrycznie. Moja skóra i przewód pokarmowy cierpią. Ze względów “towarzyskich” zmieniam nie tylko mój sposób jedzenia, ale i bycia – przez co całościowo, głęboko i dosłownie PŁAKAM W ŚRODKU. Przeprowadzam mój pierwszy 10 dniowy post sokowy, który i tak przerywam wbrew sobie, poddając się naciskom otoczenia.

W rezultacie tych przygód dużo się uczę, wychodzę z tego w czym nie chcę być, obalam programy z dzieciństwa i powracam do totalnej, ukochanej, najprostszej prostoty, bycia, życia, jedzenia, wszechrzeczy.

TERAZ

Wiesz, dlaczego nie prowadzę foodbooków, nie pokazuję co jem itepe? Bo jest to wybitnie nudne, znaczy monotematyczne.

Jak wchodzi mi faza na dany owoc, czy dany sok, to tłukę go, aż mi uszami nie zacznie wychodzić.

Czyli z reguły, codziennie jest raczej tak samo – ale to nie znaczy, że nie ekscytująco. Codziennie rano podskakuję z radości, kiedy próbuję Burakoli, czy Barszczęśliwego (w wersji xmas) soku, mam uśmiech na ryjku, kiedy czuję zapach mandarynek, czy kiedy memłam w buzi kosmicznie konsystętne liczi.

Nauczyłam się mojego ciała, i wiem co mu służy, a co nie. Drogą eksperymentów i dużej ilości szacunku – znalazłam sposób odżywiania najlepszy dla mnie – dający mi najwięcej frajdy, zabawy, czasu, energii, mnie samej. Wszystko powoli, spokojnie, bez żadnych rewolucji. Bez wewnętrznego przypierdalingu o błędy czy potknięcia.

(U mnie one nie istnieją. Mam podobną perspektywę do Boba Rossa, który powtarza: “Nie ma błędów, istnieją tylko szczęśliwe wypadki”.

Które zawsze czegoś uczą, jeżeli oczywiście człowiek jest na tyle otwarty, by tą naukę dostrzec.)

Zawsze byłam osobą, której łatwiej jest się krok po kroku, delikatnie przysuwać bliżej zmiany, niż robić spektakularny hop na głębokie wody poza strefę komfortu. Robię wszystko na raty, czasem jest to wkurzające, czasem trochę mniej, ale na pewno zawsze łatwe i bezpieczne, oparte na poszanowaniu swoich obecnych uwarunkowań i zrozumienia istoty zmiany, która potrzebuje czasu, żeby się ukorzenić w nas samych.

Daje to nie tylko psychice czas i możliwości łatwego przystosowania, ale też ciału, które przez lata jedzenia kajzerek z masłem, czy tofu w panierce, może być początkowo nieźle rozdygotane i przerażone tym całym życiem i zdrowiem, które chcesz w nie włożyć.

Nie nazywam się witarianką, ani frutarianką, ani weganką.

Nie kręcą mnie etykiety. Ale tak – od 4 lat jem tylko surowe rośliny. W tym momencie mojego życia, do gotowanego pokarmu wracać nie zamierzam. Chociaż uwielbiam zapach tostów, pierogów i bigosu (zapach wspomnień!), to wcale a wcale mnie nie kusi, żeby je zjadać.

Pozwalam sobie na wszystko, i moje odżywianie, tak jak życie – cały czas ewoluuje. Czasami czuję, że potrzebuję więcej zieleniny, czasami są to same owoce. A może niedługo wleci sałatka, a może już nigdy? Tego nie wiem.

Po wielu latach eksperymentów i zawirowań, dotarłam do całkowitej żywieniowej wolności. I nie tylko żywieniowej.

Robię w życiu tylko to, co mi służy i co mnie cieszy, odchodząc od wszelkich dogmatów i ideologii. To właśnie sprawia, że czuję się sobą i mogę prawdziwie wybierać, to co rzeczywiście chcę wybierać. 

A surowe odżywianie, to dla mnie najlepszy wybór, który wpłynął niesamowicie pozytywnie na (nie przesadzam) WSZYSTKIE obszary mojego życia. Od wielkiej ilości wolnego czasu (to idealnie wkomponowuje się w praktykę Mądrego Lenistwa)  przez uwrażliwienie na ciało i jego potrzeby, po idealne zdrowie i samopoczucie, głębokie wglądy w siebie i wiele, wiele więcej…

A to już materiał na oddzielny wpis.


Próbujesz coś ze zmianą odżywianka? Próbujesz nowych rzeczy? Chcesz przywrócić swoje zdrowie na zupełnie inny poziom? Co Twoje ciało TERAZ mówi do Ciebie? Z czym masz jeszcze problem? I co ważniejsze – jaki masz stosunek do swojego “problemu”?

(Visited 331 times, 1 visits today)