Raczej od zawsze byłam z  gatunku tych, co to zaczynają wszystko, i nic nie kończą. Z gatunku “ludzi-fal”, u których następuje wyjątkowo szybki przypływ ekscytacji, ale i szybkie znudzenie, odpływ, szybki switch uwagi na zupełnie coś innego, niezwiązanego z poprzednim tematem. Od dziecka, byłam w ciągłych fazach zakochiwania i odkochiwania w życiu i jego przejawach, lawirując między ekstazą a totalnym brakiem zainteresowania. Dotyczyło to wszystkiego – gry na gitarze, karate, śpiewania, tańczenia, nauki, grafiiti, fascynacji owadami i absolutnie każdej rzeczy, na którą miałam zajawkę. Czasem zajawki były dłuższe, czasem krótsze, niektóre nawet nie przetrwały jednego dnia – zaszczycone chwilowo moją uwagą – bo zaraz znajdowałam coś ciekawszego do roboty. Coś, co znowu dawało mi ten radosny kick i powiew nowości, świeżości, przygody.

Myślałam, że z tego wyrosnę, że się bardziej ustabilizuję, że stanę się bardziej stała w moich zapędach. Bardziej konsekwentna w rzeczach, których się łapię w życiu.

Nadal tak się nie stało, przynajmniej nie do końca. Zauważyłam jednak, że w jednej rzeczy byłam zadziwiająco trwała i konsekwentna – w oczekiwaniu na taki dzień, kiedy będę mogła zabrać się za coś, bez potrzeby robienia miliona innych rzeczy jednocześnie. I mimo tego, że tak usilnie konsekwencji poszukiwałam – ta bolała mnie o wiele bardziej, niż moja niestałość.

Biłam się z tym długo, bo moja tendencja do bycia znudzoną, nie pozwalała mi na dogłębne odkrycie, czy coś mi się podoba, czy nie. Tak jakbym koniuszkiem języka lizała lody i oczekiwała, że po tym jednym lizie dowiem się czegoś więcej o ich smaku. Nie ukrywam – przekładało się to też na relacje międzyludzkie. Mogę wyliczać przypadki, kiedy po dosłownie kilku spotkaniach z drugą, jakże interesującą osobą – dawałam sobie spokój, bo nawet jeżeli osoba mocno przemawiała do mojej duszy, to szybko traciłam nią zainteresowanie, bo podświadomie wydawało mi się, że szlaki na tej wyspie już są przetarte i że nie mam już czego szukać. Płynęłam więc dalej, na kolejną wyspę, do kolejnej osoby, która dałaby mi znowu poczuć ten radosny haj bycia zafascynowaną nowością.

W człowieku-fali narodziła się w pewnym momencie frustracja. Tęsknota za ludźmi, których kochałam, a którym pozwoliłam odejść w poczuciu zapomnienia, tęsknota za rzeczami, których mogłam się nauczyć, a które zostawiłam w poszukiwaniu czegoś lepszego, jakiejś silniejszej działki narkotyku.

Bo tak, nowość była dla mnie narkotykiem. I  to ciągłe poszukiwanie czegoś lepszego, ciągle czegoś bardziej ekscytującego, czegoś, co kopnie mnie jeszcze bardziej, co pozwoli doświadczyć jeszcze większych emocji. Ego wciąż i wciąż chciało lepiej, więcej, weselej, bardziej, żywiej. Ciągła dystrakcja odciągała mnie od rzeczy, które znaczyły dla mnie najwięcej i od ludzi, którzy byli dla mnie najważniejsi, odciągała od tego, co już miałam, od tego co już wypracowałam, odciągała od najważniejszego momentu w życiu, który wydarza się tylko teraz.

Tak jak mówiłam – moje rozproszeńcze niepoukładanie nie zniknęło. Chęć robienia wszystkiego naraz, jest tak silna jak wcześniej, nadal jestem tym samym człowiekiem-falą, którym zawsze byłam. Nadal rzucam się między malarstwem, improwizacją, robieniem tatuaży, tańcem i pisaniem książki. Ale teraz uczę się spowalniać te przypływy i odpływy. Znam siebie, znam swoje uwarunkowania i mechanizmy tworzące moją psychikę, i to właśnie pozwala mi na nią wpływać. I płynąć z tym wpływem, tak gładko i przyjemnie, jak tylko się da. Jasne, czasami zdarza się sztorm i wichura, ale zaraz ocean znów odzyskuje swój niezmącony spokój, bo pozwalam mu na to wszystko. Ukochuję ten ocean, razem z jego sztormami, błyskami i śliskimi rybami pływającymi przy dnie.

Uczę się sztuki balansu, nie stawiam już nic na jedną kartę, nie porzucam wszystkiego, żeby wpaść w wir kolejnego zauroczenia życiowego, a chwilę później z niego wyjść i rzucić się w kolejny. Kiedy widzę potrzebę odejścia od robienia jakiś rzeczy, czy od relacji, czy od czegokolwiek – daję sobie przestrzeń. Daję sobie przestrzeń na wzbogacenie mojego doświadczenia, pozwalam sobie  na kolejny kop, który ładuje mnie po same brzegi – a potem na powrót do tego co znane, stabilne i ultra-ważne. Nie wyrzekam się moich wewnętrznych potrzeb. Taka już jestem. Ze wszystkiego tego, jaka jestem, mogę wziąć tyle dobrego, ile tylko zapragnę. Mogę też wziąć tyle złego, ile zapragnę. Wszystko jest względne, i to ja ustalam, jakie to wszystko jest, nadając temu mój własny stosunek.

Kiedyś patrzyłam na siebie – na tego wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju człowieka-falę – przez pryzmat niestałości, niezdecydowania, wewnętrznego rozgardiaszu. Teraz widzę człowieka otwartego, gotowego na przygody, nieugiętego, próbującego cały czas czegoś nowego, cieszącego się doświadczaniem różnorodności.

Tak, nie ma to jak spróbować wszystkich smaków lodów.

Tylko teraz rzeczywiście zaczęłam smakować te lody, i mogę szczerze powiedzieć, które smaki mi pasują, a które totalnie wypadają z gry.

(Pska. Tak, lody są NADAL wegańskie i zrobione z owoców. Nawet moje metafory uczę się konsekwentnie prostować!)


Jesteś człowiekiem-falą? Jak sobie radzisz z tym w życiu codziennym? Jak wygląda Twój własny balans, pomiędzy poszukiwaniem przygód i nowości, a stabilną, milutką stałością? 

 

(Visited 98 times, 1 visits today)