Rysunek, który widzisz na górze, jest dla mnie szczególnie ważny. Tego konia, narysowałam tuż przed wyprowadzką z mojego domu rodzinnego, w którym mieszkałam przez 12 lat.

Jest on dla mnie swoistym symbolem mojego wyzwolenia, autentyczności i życia w Prawdzie. Wiąże się on także z pewną historią. Z historią o powrocie do siebie, o odnajdywaniu miejsca pomiędzy sercem a umysłem. Posłuchaj…

Staram się być absolutnie szczera, na wszystkich poziomach mojego życia i mojego bycia.

Czasem jest to trudne, czasem głos drży, a palce zamierają nad klawiaturą, niepewne następnego ruchu. Jednak, mimo to – mówię, piszę, przekazuję. Bo wiem, jak bardzo jest to potrzebne i ważne. Jak ważna jest Przestrzeń Prawdy, w drodze do wyzwolenia siebie, a przez to – do wyzwolenia całego Wszechświata.

Przez większość czasu w ciągu ostatniego półtora roku, żyłam w okłamywaniu. Żyłam, idąc na przekór swojemu sercu, chociaż tak by się nie wydawało.

Taka jest prawda.

Ten czas, był dla mnie największym sprawdzianem tego, jak daleko mogę zabrnąć w kłamstwie, jak głęboko we mnie siedzą różnorakie programy i jak bardzo mogę odsunąć się od najważniejszych części mnie samej.

Zaskakujące…? Przecież:

Doświadczyłam Prawdy.

Jestem świadoma tego, jak moje dzieciństwo wpłynęło na moją podświadomość.

Wiem, jakie mechanizmy rządzą moim umysłem.

A jednak, mimo tego, bardzo łatwo było mi odsunąć całą moją “wglądową” wiedzę odnośnie mnie samej, i z błogim uśmiechem poddać się zjawiskowo kojącej strefie komfortu, w której środku znajduje się zamek zbudowany z dziecięcych przekonań, wyuczonych zachowań i irracjonalnego strachu, a otacza ją płot zbudowany z sieci kłamstw i nieszczerości do siebie samej.

Przez długi czas nawet moje własne cierpienie, nie mogło sprawić, żebym się ocknęła. Można powiedzieć, że chciałam go doświadczyć. Można powiedzieć, że świadomie je wybierałam. Można powiedzieć, że moja dusza potrzebowała jeszcze tej dodatkowej porcji słodko-gorzkiego tortu, żeby powiedzieć “już nigdy więcej”.

 

Obraz może zawierać: tekst

 

Być samemu z sobą, jest często wygodnie, bezpiecznie i miło.

Mi było tak zawsze. Nie narażona byłam na kontakt, dotknięcie, słowo, odpowiedź, reakcję. Pogrążona w swoim własnym świecie, gdzie pozwalałam sobie “być sobą”, tak po prostu. Być tym wariackim, śmiesznym stworzonkiem, którym jestem – razem ze swoimi dziwacznymi rysunkami, rozmowami na głos z samą sobą, swoją androginicznością i wewnętrznymi demonami o imionach Lawrence i Wiktor. W akceptacji i miłości. Żadne zagrożenie się nie pojawiało, więc mogłam beztrosko oddawać się byciu taka jaka jestem, bez widma lęków, czających się z tyłu głowy. Przez długi czas, wydawało mi się, że już totalnie się oswobodziłam, że mój umysł jest moim sprzymierzeńcem, że razem z moją duszą, sercem i ciałem, tworzą zgraną bandę, zakumplowaną i trzymającą sztamę, na wieki wieków amen.

Bo to tak właśnie wygląda: Wydaje Ci się, że już wszystko przerobiłeś, że już jesteś całkowicie wolny od podszeptów umysłu, aż przychodzi drugi człowiek i pokazuje Ci Twój PRAWDZIWY OBRAZ. Prawdziwy i szczegółowy obraz całego Twojego jestestwa, wraz z największymi sekretami skrywanymi w Twojej podświadomości. 

Tak, weszłam w relację. W jedną z najpiękniejszych relacji w moim dotychczasowym życiu. I jedną z najtrudniejszych.

Nie sądziłam, że mogę się aż tak pochłonąć drugą osobą, aż tak zakochać. A w tym zakochaniu – aż tak odsunąć od prawdziwej siebie.

Już w moich poprzednich bliższych relacjach, były momenty “oddawania siebie”, “poświęcania”, ale nie na taką skalę jak w tej, będącej bohaterką tej opowieści.

Zaczęłam robić różne rzeczy, z tego zakochania.

Zaczęłam mówić to, czego nie czułam, zaczęłam robić rzeczy, których nigdy sama z siebie bym nie zrobiła, zgadzać się, mimo wewnętrznego krzyku, przestałam robić to, co kocham najbardziej. Weszłam całkowicie w pewną wizję mnie samej – wizję “bezpieczną”, dopasowaną do wizji tej drugiej osoby. Wizję gładką, potakującą, wyidealizowaną, ulegającą wpływom, wolącą żyć w nieprawdzie i cierpieniu, niż nie dostać tego usilnie wyczekiwanego przytulenia, zewnętrznej akceptacji i wrażenia, że w końcu “jestem wystarczająca”, że potrafię się dopasować i żyć w społeczeństwie.

Nie mogłam uwierzyć, w to co robię. Czułam się, jakbym wyszła z siebie, i pozostawiła moje ciało we władaniu jakiejś dziwnej, obcej energii. Jakby obecność mnie we mnie – przestała być taka oczywista.

Czułam, jakbym weszła do ciemnego lasu i miała z niego nigdy już nie powrócić.

Czułam, jakby to był koniec mnie samej. To spotęgowało moją wewnętrzną rozpacz – przecież dopiero co się odnalazłam, a już na powrót się gubię..?

Najgorsze było dla mnie to, że miałam świadomość tego, że są to schematy znane z dzieciństwa. Miałam świadomość tego, że tak samo jak zabiegałam o miłość mojego Ukochanego – zabiegałam kiedyś o miłość mojego taty. Wiedziałam, że muszę “być jakaś”, żeby dostać kciuk podniesiony do góry. Że jeżeli “nie spełnię oczekiwań”, relacja się skończy, a ja znowu pozostanę sama, z obrazem zawodu w Jego oczach – w oczach tak podobnych do oczu mojego ojca. Z obrazem zawodu, który mówił: “Nie jesteś dobra, taka jaka jesteś”. 

Wiedziałam, że to wszystko, to moje wewnętrzne dziecko – z rozpaczą bijące mnie w klatkę piersiową od wewnątrz, krzycząc “zajmij się mną!”. A ja rozpaczliwie dalej żebrałam, o skrawki miłości – porzucając to, co w rzeczywistości kocham najbardziej – samą siebie.

Przez długi czas ignorowałam tą małą, pragnącą “być idealną” Olę, brnąc coraz głębiej w iluzję, którą tworzyłam… Raniąc siebie i Ukochanego, myśląc, że robię dobrze sobie, myśląc, że robię dobrze Jemu, że robię dobrze “nam”. A tym “robiąc dobrze” – tylko krzywdziłam.

Kiedy wchodzisz w iluzoryczny świat nieautentyczności – ranisz nie tylko siebie, ale wszystkich wokół. Brak szczerości jest jak ciemność, która owija się wokół Twojego życia, skutecznie pozbawiając wszystkich oddechu.

Ignorowałam ją, aż do momentu, w którym pierwszy raz od roku wzięłam ołówek w rękę. I zaczęłam rysować.

Powstał ów koń. Rozedrgany, wzburzony, zaniepokojony, z uszami wciśniętymi w szyję. Przerażony sytuacją, którą stworzyłam i tym, jak bardzo zaniedbałam najważniejsze części siebie. Jednocześnie, w jego oku, błyskał promyk nadziei, że być może to koniec tej plątaniny i gubienia się w szufladkach umysłu. Że być może, tym razem wybiorę siebie. Że wybiorę moje autentyczne życie w prawdzie, które wygląda diametralnie odmiennie od tego, które prowadziłam.

Ten koń obudził moją duszę. Zapytał jej “co się dzieje?”, kładąc swój wielki łeb, na moim ramieniu. 

Skoro tak naturalna dla mnie czynność jak tworzenie, jak rysowanie – zaczęła być źródłem lęku, frustracji, strachu przed pokazaniem za dużej ilości samej siebie – coś musiało być mocno nie tak.

Po długim życiu w iluzji – w pewnym momencie budzisz się, i czujesz, że jesteś tak ściśle owinięty, że są to dosłownie ostatki Twoich oddechów. Robi się tak gęsto, tak duszno i wiesz, że musisz już wyjść, inaczej autentycznie umrzesz – wydaje Ci się, że cała Twoja dusza, widząc, że jej nie szanujesz – odleci zaraz w kosmiczne etery, pozostawiając Cię funkcjonującego na bazie programów – jak robota.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Dochodzenie do wewnętrznej prawdy, może być bolesne, bo to oznacza śmierć programów – programów, które tak długo pozwalały Ci przetrwać.

Bo to tylko o to chodzi – umysł funkcjonuje na zasadzie mechanizmów akcja-reakcja, pierwotnych impulsów, które mają za zadanie ocalić Ci życie, wszelkim kosztem. Dla umysłu oddzielenie od stada, oznacza śmierć.

W umyśle dziecka, które ma poczucie, że rodzice tracą nim zainteresowanie – powstaje impuls do działania, żeby to zainteresowanie odzyskać, wszelkimi możliwymi sposobami. Te impulsy przekształcają się we wdrukowane ścieżki myślowe, które umożliwiają “przetrwanie”.

Bez ich rozpoznania, będziesz powielał te schematy, będziesz wchodził w sytuacje, które te schematy będą wywoływać, które będą po to, żebyś miał możliwość je dostrzec i uzdrowić nieukochane i nieuszanowane części Twojej podświadomości. Te wszystkie programy, to część Twojej ścieżki, Twojego powrotu do pełni miłości.

Mogłam po prostu uciec z tej relacji, tak jak uciekałam z poprzednich. Mogłam po prostu powiedzieć “już nie mogę” i odejść, ciesząc się bezpiecznym byciem “sama sobie”. Mogłam, ale wiedziałam, że to nic nie da – od swojej podświadomości nie ucieknę – i bez przyjrzenia się teraz całej sobie w pełni, znajdzie się kolejna osoba, znajdzie się kolejna sytuacja, która kolejny raz wpędzi mnie w labirynt kłamstw, z którego tak ciężko jest się wydostać. Będę to przerabiać, aż nie przełamię schematu – aż nie pójdę o krok dalej, niż umysł, który działa z automatu i wiecznie wszystko racjonalizuje, żeby pozostać w pozornym bezpieczeństwie swoich programów.

Przez długi czas przygotowywałam się do ostatecznej konfrontacji. Po głowie chodziło mi bardzo wiele rzeczy: od “nie chcę go ranić”, po “nie wytrzymam ani sekundy dłużej”. Ale jakoś wytrzymywałam, bijąc się z samą sobą, rzucając w amoku, czując, że wewnętrzne konstrukcje zbudowane na fundamentach wyuczonych zachowań – zaczynają się burzyć. W “Incepcji”, jest na końcu taka scena, gdzie całe senne miasto ulega destrukcji. Tak właśnie wyglądała sytuacja w moim wnętrzu, przez bardzo długi czas.

W moim zachowaniu przejawiało się to tak, że zaczęłam się odsuwać. Zaczęłam spędzać dużo czasu sama, stałam się niedostępna, zimna, chłodna, nienaturalnie nieentuzjastyczna. Cały czas mówiłam o tym, że “potrzebuję przestrzeni”, a w głowie brzmiało to bardziej “potrzebuję siebie, tylko siebie”. Pragnęłam zakończyć tą relację, ale myśl o zranieniu tak bliskiej mi osoby, cały czas kazała mi przygryzać język.

A tak naprawdę, najbardziej raniłam właśnie tymi niedopowiedzeniami.

Nawet najcięższa prawda, to pewny grunt pod stopami. Kłamstwo, zatajanie, przykrywanie – oznacza niewiadomą i nieznaną, oznacza stąpanie po prześcieradle, pod którym nie wiadomo co się kryje. Może tam być pachnąca kwietna łąka, a może też być ziejąca, czarna otchłań…

Potrzebowałam jeszcze jednego impulsu. Koń obudził moją duszę, ale czekałam na coś, co popchnie ją do działania.

I wtedy usłyszałam słowa, które przeszyły mnie na wylot, wywierając fizyczny ślad w moim mózgu.

“On też to bardzo przeżywa”.

Kiedy usłyszałam to z ust mojego przyjaciela, dostałam porządnego kopa w brzuch. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie jestem w tym sama. I że moje ranienie siebie, przekłada się właśnie na głębokie dźganie w delikatną sferę uczuć i emocji osoby, z którą byłam w tak bliskiej relacji. Że tylko prawda pozwoli ruszyć dalej z miejsca, wyjść z tej dziwnej dziury patu i kwasu, do której oboje, razem z Ukochanym wpadliśmy.

Pobiegłam od razu do niego i drżącym głosem wysapałam “Jak Ty się czujesz?”.

I tak rozpoczęła się Podróż Prawdy. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na wycieczkę, która stała się jedną z najdłuższych w moim życiu. Powiedzieliśmy sobie wszystko, od A do Z – w czterech, zamkniętych ścianach samochodu, który utrzymywał nas w kupie. Miałam wrażenie, że gdyby nie samochód, nasze kontury rozpłynęłyby się i zlały w kałużę bulgoczących emocji, nie pozwalając nam wyjść z tego galimatiasu cało.

Lecz stał się cud – wyszliśmy.

Jasność nastała. Była ona dość brutalna i dość szorstka, ale jasna. Jasna jak sto słońc. Dobro i zło, znowu zmieniły swoje znaczenie, znowu stały się tylko koncepcją, z łatwością zmienialną i dostosowywalną do konkretnej sytuacji.

Pierwszy raz od półtora roku, poczułam się zdrowa. Poczułam, że odzyskuję siły, że staję się znowu pełnowymiarową, autentyczną Olą. Że moja dusza powraca z kosmicznych rubieży, przytulając moje wymęczone wnętrze – dumna i pełna podziwu dla mojej wytrwałości.

Coś zostało uleczone, coś zostało pokonane, coś zostało pokochane.

Stałam się na powrót najważniejszą osobą dla siebie samej. I zrozumiałam dogłębnie, że tylko z tego stanowiska można autentycznie “robić dobrze” drugiej osobie, “robić dobrze” całemu światu. 

Co do naszej relacji, mojej i Ukochanego – z punktu widzenia obserwatora, wygląda na to, że się zakończyła. Z mojego punktu widzenia – nie ma początków, ani końców – jest tylko stała transformacja, zmiana, przechodzenie w inne stany skupienia. Aż mam ochotę zaśpiewać “Krąg Życia”, z “Króla Lwa” albo zacytować fragment z “Atlasu Chmur”:

“Nasze życie nie należy do nas. Jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi. Każdą zbrodnią i aktem dobroci tworzymy własną przyszłość.”

Mury przekonań i programów runęły, pod wpływem wielkiej fali Prawdy.

W tym momencie, jestem tak autentyczna, jak nigdy przedtem. Tak silna, jak nigdy dotąd. Relacje, które buduję teraz, są objęte restrykcyjną Polityką Prawdy – nie ma w nich miejsca na choćby krztynę przekłamania, zatajania, ukrywania. Idę za głosem “prawdziwość przyciąga prawdziwość” i przekonaniem, że tylko w oparciu o wewnętrzną prawdę, można rzeczywiście podążać ścieżką serca i tworzyć wymarzone życie, dla siebie i dla innych.

Wróciłam do tak wielu rzeczy, od których się odcięłam – zaczęłam rysować, malować, tworzyć, tańczyć, mówić, chodzić na spotkania ze znajomymi artystami, pisać, czytać, oglądać, kochać, przeklinać, rozmawiać na głos z moimi wewnętrznymi demonami – i wszystko to, w nurcie mojej własnej, wariackiej i dziwacznej swoistości, którą tak bardzo uwielbiam.

W tym momencie wiem, co to znaczy ŻYĆ.

Przypomniałam sobie też, co to znaczy IŚĆ WBREW SOBIE, i z jakim cierpieniem się to wiąże.

Moment, kiedy cichutkim głosikiem w końcu mówisz to, co chciałeś powiedzieć od dawna – to przy ogromie tego rodzaju cierpienia – pikuś. I chociaż strach jest, i chociaż cykor jesteś straszny w tych momentach – to są one ZAJEBIŚCIE WAŻNE, jeżeli nawet nie NAJWAŻNIEJSZE. To momenty, w których następuje PRZEBUDZENIE.

To Twoja historia, którą możesz pisać, tak jak chcesz, jeżeli tylko zdejmiesz z siebie osnowę programów, lecących z automatu. Jeśli tylko wyjdziesz jeden krok, poza Twój umysł.

W tych momentach, po długim, bolesnym parciu – RODZI SIĘ TWOJA WOLNOŚĆ. I ten moment, kiedy na nią patrzysz, jak na nowonarodzone dziecko – kiedy widzisz, jak otwiera swoje oczka, i śmieje się do Ciebie bezzębnym uśmiechem – to moment, który jest warty tego wszystkiego, tego całego wielkiego “przerabiania”. To moment, w którym jesteś wdzięczy za cały ból, którego doświadczyłeś, bo dzięki niemu, możesz doświadczyć teraz jego braku. Jesteś wdzięczny, bo tak właśnie wygląda życie w jego wielowymiarowej, ultra-różnorodnej pełni.

Ten moment to jest właśnie to, po co tutaj żyjesz. 


(Visited 571 times, 1 visits today)