Nie zapomnę tej wyjątkowej sylwestrowej nocy, w którą utraciłam wszelkie pragnienia. W domu było pełno ludzi, a ja potrzebowałam chwili, żeby sobie poradzić z prawdą, która spłynęła na mnie w jednej chwili – ale nie tak jak do tej pory. Kiedyś prawdę odbierałam wyłącznie moim umysłem, a tego dnia, po raz pierwszy ją świadomie poczułam.

Poszłam więc do mojego auta stojącego przed domem, usiadłam na fotelu kierowcy i zatrzasnęłam drzwi. Jakbym odcięła się kompletnie od całego świata – a było zupełnie na odwrót. Pogrążyłam się w nieznaczności całej egzystencji. Dotarło do mnie, że nie ma celu, nie ma znaczenia, wszystko po prostu jest – a wszystko, do czego dążyłam, moje wszystkie cele, plany – to iluzja, stworzona przez wiecznie nieustysfakcjonowane, wiecznie pragnące więcej i więcej ego.

Moment w którym strach przestaje istnieć.

Moje indywidualne ja wyło więc z bólu – czułam jak się rozpuszcza, jak łapie się ostatkami sił za moje krawędzie. Pytało: To jak będzie wyglądało Twoje życie bez żadnego celu? Po co w takim razie będziesz żyła? Jaki jest w tym sens?!

W tym momencie spotkałam śmierć. Znowu. Już wiele razy wcześniej się z nią witałam, ale nie tak świadomie jak teraz. Pozdrowiłam starą przyjaciółkę. Poczułam jej oddech, bo bez ego nie da się żyć w tej rzeczywistości. Kiedy JA znika, rozpuszczasz się w jedności. Nie było we mnie strachu, bo nareszcie rozumiałam. Strach przestaje istnieć, jeśli wiesz, że jesteś jednym ze wszystkim. Czego masz się bać, jeżeli wszystko co widzisz jest tobą?

Moje całe ciało stało się płaczem, jakby chciało podtopić cały ten samochód i samo siebie. Jakby włączył się w nim jakiś dziwny mechanizm, coś jak apoptoza w komórce. Było to dla mnie jak film – miotałam się w aucie, jednocześnie będąc z boku. Krzyczałam, ryczałam, biłam rękoma w kierownicę, nie robiąc jednocześnie żadnej z tych rzeczy.

Jesteś wszystkim, bez wyjątku.

Znajdowałam się na krawędzi, pomiędzy światami, na obu skrajach fizycznego dualizmu. Widziałam się w dobru i złu, w czerni i bieli, doskonałości i beznadziei. Widziałam się w każdym człowieku, którego spotkałam. Tak jak wcześniej mówiłam o tym, że dzięki nim doszłam do tego miejsca w którym jestem – teraz tak mówiłam o sobie, bo stopiłam się z nimi w jedno. Po raz pierwszy w życiu poczułam to, że Ci wszyscy ludzie – ludzie na których narzekałam, na których krzyczałam i których nienawidziłam – to byłam cały czas ja. Cały czas walczyłam z sobą samą – zwalając rzeczy które mnie spotykały na świat zewnętrzny ulokowany gdzieś daleko, daleko poza mną, co dawało złudzenie ulgi.

Wszelkie żale, emocje związane z bolesną przeszłością odeszły, jak za dotknięciem różdżki. Odeszła cała przeszłość, a przyszłość miała już nigdy nie nadejść. Wpadałam, wpadałam, wpadałam coraz głębiej w dziurę teraźniejszości, obserwując z boku moje ciało, które zaczęło wydawać dziwne świszczące dźwięki, które wydaje zawsze podczas intensywnych sesji płaczu. Widziałam, że nie wytrzymuje tego stanu, w którym się znalazło – widziałam to zachowując najwyższy spokój, jakiego mogłam doświadczyć. Wszystko mi było już jedno. Wszystko naraz przestało się liczyć. Runął mur stworzony tutaj na ziemi, runęła iluzja posiadania czegokolwiek, możliwości planowania, kontroli – to wszystko zniknęło.

Co mi pozostało? Bycie. Jedynie bycie. Nic więcej i nic mniej. Wszystko i nic.

Jakby ktoś widział tą scenę z boku, pomyślałby, że naprawdę umieram. I nie jakąś piękną śmiercią przez zamienienie się w kolorowy wiatr, niosący swoim podmuchem płatki kwiatów, jak mistrz-żółw w Kung Fu Panda. Wyglądało to tak, jakbym się dusiła, krztusiła i miała zawał, wszystko jednocześnie. Pomiędzy świszczącym łapaniem powietrza, a chwilami niczym niezakłóconej, w pełni obejmującej ciszy – niepowstrzymane ataki śmiechu, raz po raz wstrząsały moim ciałem. Wiem, bo stałam obok. Było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu, ale gdyby to oglądał ktoś z zewnątrz, jestem przekonana, że z chęcią skrzyknąłby oddziały pogotowia i policji. Grupa antyterrorystyczna też by się mogła przydać.

Każdy jest oświecony.

Kiedy przychodzi tak totalny stan oświecenia… Nie, “przychodzi” to złe słowo. Bo on zawsze jest. Tylko my go nie dostrzegamy, jest stale przysłonięty przez ego, pragnienia, cele, wybieganie w przyszłość – zalewamy go iluzją.

Ale jesteśmy tutaj, żeby właśnie tej iluzji doświadczyć – żeby doświadczyć tej separacji, indywidualności, wyborów, ocen, dualistycznych wartości, cierpienia, miłości, śmierci, życia, narzekania, poniżania się, ekstazy i orgazmicznego szczęścia – tych wszystkich niesamowitych stanów, których tutaj doświadczamy.

Nie roztopiłam się w jedności, chociaż wiedziałam, że mogę. Nie roztopiłam się w niej, bo resztki mojego ego zdecydowały, że chcą jeszcze podoświadczać tych wszystkich cudów. Że chcą się pobawić w tę grę, pokreować, poudawać. Doprowadzić jak najwięcej cząstek tego świata do stanu świadomego oświecenia.

Dopiero z takimi doświadczeniami, z doświadczeniem czym naprawdę jest ten świat – mogę zacząć żyć. Wcześniej nie żyłam. Miałam jakąś wizję tego, jak to wszystko funkcjonuje, ale były to jedynie próby tłumaczenia sobie przez umysł niewytłumaczalnego. Przez większość czasu natomiast bardzo się wkręcałam, jakby było o co się wkręcać. Wkręcałam się w zarabianie, wkręcałam się w opinie innych, wkręcałam w to, że muszę coś robić, żeby nadać mojemu istnieniu wartość. Mimo pozornej wiedzy o tym, że mogę sobie grać w tą grę tak jak chcę.

Wypowiedziana prawda, staje się kłamstwem.

Słowa i tak nie oddadzą w pełni tych stanów, których doświadczałam już wielokrotnie. Już od maleńkości. Od czasów, kiedy byłam małą dziewczynką, która bardzo, ale to bardzo pragnęła odejść już z tego świata, ale jednocześnie trzymał ją strach ego.

W nocy przestawałam czuć swoje ciało, czułam jak znikam, jak tracę siebie. Żeby trochę bardziej się poczuć, żeby jakoś zatrzymać ten proces rozpływania się, zaciskałam sobie pasek na brzuchu tak mocno, że rano budziłam się z krwawymi śladami, na moim i tak już prawie nieistniejącym ciele. Bałam się wtedy bardzo – nie rozumiałam i przez to nie mogłam zaakceptować tego co we mnie było.

Niedawno dopiero doszłam do tego, że akceptacja nie wychodzi ze zrozumienia. Akceptacja jest prostym aktem objęcia wszystkiego, takim jakie jest. Analiza to utrudnia, wprowadza nas w strach.

Wtedy, powroty były spowodowane ów strachem. Teraz jest to świadomy wybór mojej duszy, która czuje po prostu potrzebę bycia na tym świecie. Nie pragnienie – potrzebę, chociaż znowu brakuje słów, które by mogły oddać w całości to, co chcę przekazać.

Lao Tzu powiedział kiedyś, że wypowiedziana prawda, staje się kłamstwem. A Osho dodał do tego, że język nie jest stworzony przez ludzi świadomie oświeconych, dlatego stąd dysonans podczas próby opisania takich doświadczeń.

Po prostu czuję, że jestem. Mam do wszystkiego tak przeolbrzymi luz – każdego dnia obserwuję, jak mój awatar, którego sobie stworzyłam budzi się rano, i robi wszystkie te śmieszne ziemskie rzeczy – pisze, czyta, biega, ogląda kreskówki, rozmawia, głaska zwierzątka, je, pije, uśmiecha się. To wszystko jest takie śmieszne. I teraz, moje doświadczenie dopiero staje się doświadczeniem.

Nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy.

Kiedy biegam, to biegam rzeczywiście całą sobą. Przeżywam każdy krok, momenty lotu nad ziemią i uderzania stopą o twardy grunt.
Kiedy piszę, nareszcie przeżywam to pisanie – staję się każdą literką, każdym słowem, każdą spacją.
Kiedy kocham drugą osobę, to kocham całą sobą i staję się darem miłości dla niej.
Kiedy oddycham, czuję cząsteczki powietrza, przemierzające milimetr po milimetrze moje drogi oddechowe

Okazało się, że nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy! Żadnej! Robię wszystko po raz pierwszy w życiu, jakbym była tutaj po raz pierwszy. I tak jest. Bo każdy moment jest tym pierwszym razem.

Znaczenie nie jest potrzebne. A życie zaczyna się właśnie wtedy kiedy to znaczenie traci. Albo odnajduje znaczenie po prostu w byciu. Które paradoksalnie jest bez znaczenia.

To wszystko jest takie piękne, tak śmieszne i tak genialne. Jestem szczęśliwsza niż kiedykolwiek, kiedy piszę te słowa. Codziennie po prostu zanurzam się w egzystencji, jednocześnie pozostając indywidualną cząstką na tym boskim placu zabaw. I dalej się huśtam na huśtawkach i kręcę na karuzelach. I nareszcie mogę się bawić! Tak w pełni, nic nie brać na poważnie, żartować ze wszystkiego i śmiać się. Śmiać się bez ustanku! Bo oświecenie jest dla mnie właśnie śmiechem, szczęściem, nie powagą, żartowaniem, zabawą, robieniem głupa po całości. Dlatego mam ciągłego banana na twarzy i wszyscy dookoła mnie pytają, czy mama wie, że ćpiem.

Życie staje się takie proste, jak przyjmiesz, że nic nie jest takie jak się wydaje, że jest.

A jednocześnie wszystko jest takim, jakie się wydaje.

Jesteśmy cudownymi paradoksami w tym paradoksalnym doświadczeniu,

a wszystko jest w największym porządku.

(Visited 228 times, 1 visits today)