Uszanowanko Wielmożni (a nawet wszystkomożni).

Czy popełnię publiczne faux pas, jeśli przypomnę wszem i wobec… Zbliża się rok 2020?

I w związku z tym, że zbliża się nowy rok, żeby tradycji stało się zadość, może wypada jakieś postanowionka sobie ogarnąć?

Może warto w 2020 zrobić coś, co się już od dawien dawna odwleka, spychając na sam koniec naszego terminarza, między płaceniem rachunków i wizytą u dentysty?

I rzeczywiście to zrobić, a nie tylko mówić, że się zrobi?

Jestem straszną prokrastynatorką, odwlekam, mamrocząc pod nosem słowa Garfielda “żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce”. Przeciągam ile się da, zajmując się zamiast tego milionem rzeczy, o których normalnie nie mam nawet pojęcia, że mogę się nimi zajmować – i publicznie się do tego przyznaję. Jeżeli by ktoś wynalazł lekarstwo na ociągactwo, pewnie wzięłabym je jutro. Aż dziw bierze, że piszę ten tekst – a w momencie, w którym go czytasz – jest już względnie gotowy.

Nawet jeżeli chodzi o rzeczy które autentycznie kocham, wielbię i robienie ich samo w sobie jest spełnianiem moich najskrytszych marzeń, to czasami mam tak, że nie mogę się zabrać, nie mogę zacząć. Szczególnie jeżeli są to projekty długotrwałe, jak na przykład pisanie książki, to często, kiedy o nich myślę, moje oczy wytrzeszczają się w wyrazie trwogi.

No i właśnie w związku z tym, zaczęłam mocno kontemplować istotę natury prokrastynatora i dochodzić do wniosków, co zrobić, żeby jednak robić.

Skąd się bierze prokrastynacja?

Po pierwsze, najczęściej bierze się z lęku.

Tak, ze zwykłego straszku. Z myśli “jak ja zacznę”, “jaki będzie rezultat”, “czy na pewno to dobry pomysł”, i tak dalej i tak dalej. Z wyjścia ze swojej strefy komfortu (klik!), przyglądania się sobie w akcie stwórczym, jako wszechmocnego artystę. To jednocześnie może być fascynujące i przerażające. A co jak nie wyjdzie? Jaki będzie odbiór? Toż to wszystko gęsią skórką oblepia ciało!

A po drugie – z tego, że “rezultat” – nagroda – jest często hen hen daleko. A wysiłek natomiast jest nie tak hen hen, tylko raczej blisko i raczej trzeba go wykonać, żeby ów rezultat zobaczyć zaistniały w świecie materialnym. Dla pierwotnego umysłu jest to ciężkie do ogarnięcia, robienie czegoś, co nie przynosi efektu już teraz. Co jest na zasadzie “obiecanki-cacanki”, bardziej niż wymiernego rezultatu.

Znasz “Marshmallow Test”?

W sumie nie tak dawno temu, jakiś psychologiczny badacz, zebrał grupkę dzieciaków i zaoferował im pianki. Jeżeli dzieciaki śliniąc się i łaknąc słodyczy opamiętały się na dłuższą chwilę, dostawały pianki dwie, zamiast jednej w przypadku wyboru słodycza “od razu”. Nazwał to odraczaniem gratyfikacji, i stwierdził, że dzieciaki, które potrafiły pohamować swoje impulsy i skorzystać z wyobraźni dla “większego dobra”, tą właśnie umiejętność będą przekładać na późniejsze wyczyny – projekty, arcydzieła i wszelkie wytwory ludzkiej myśli.

(Nie pochwalam oferowania nieświadomym dzieciaczkom zlepka zwierzęcych kości z kupą cukru, ale test dobrze zobrazował temacik.)

I co z tego?

Żeby przechytrzyć wewnętrznego ociągacza, warto wyjść trochę poza swój umysł. A jednocześnie wejść w niego głęboko i się z nim zaprzyjaźnić, szczególnie z ośrodkiem nagrody. I przekonać ośrodek nagrody, że ów nagroda już jest, nawet jeśli jeszcze nie zasiadłeś do komputera/płótna/skryptu/marmuru/budowy kampera czy czegokolwiek.

Przyszłość dzieje się TERAZ, i na bieżąco ją kreujesz, zaczynając od swoich myśli i przeradzając te myśli w działanie. Ale wizualizacja i właśnie MYŚL jest pierwsza, i jest elementem kluczowym, jeśli chodzi o utrzymanie motywacji na wystarczająco wysokim poziomie do kontynuowania projektu. 

Przypomniała mi się pewna historia o Michale Aniele, która idealnie pasowancka jest. Kiedy ów artyście przyszło wyrzeźbić “Dawida”, nie rozpoczął pracy od razu, a przynajmniej nie tak, jak zwykle pracę się definiuje. Miesiącami, Michał siedział przed blokiem marmuru, wlepiając w niego wzrok. Kiedy któregoś dnia, odwiedzający jego pracownię pewien książę, zastał go przy tej czynności, zaciekawiony zapytał: “Co robisz?”.

Artysta odpowiedział: “Pracuję.”

Trzy lata później z myśli i marmuru, wyłonił się Dawid.

Czyli na pojednanie z wewnętrznym prokrastynatorem, działają cztery kroki:

  1. Wykreuj w myślach wszystko tak, jak byś chciał, żeby Twoje dzieło/projekt/cokolwiek wyglądało.
  2. Wiedz, że to JUŻ JEST w tym momencie.
  3. Zrób sobie przypominajkę w postaci Mapy Marzeń, czy dogłębnego opisu Twojego przedsięwzięcia i powieś na ścianie. 
  4. Zapierdzielaj i twórz.

O ile trzy pierwsze kroki mogą wydawać się proste i łatwe do ogarnięcia, to z krokiem czwartym najczęściej występuje duży problem.

Odnalazłam więc sposoby, jak sobie z tym w łatwy sposób poradzić:

Podziel sobie pracę na łatwe do strawienia kęsy.

Zwróćmy się na początku do mojego ulubionego mistrza pisarstwa.

Przed wami Stefan Król.

Stephen King, który od młodzieńczych lat zajmuje się prawie wyłącznie swoim ukochanym pisaniem horrorów, opracował sobie metodę, która sprawia, że pozostaje pisarsko płodny po dziś dzień. I nie kończy na etapie pisania książki, tylko sprawia, że książka jakimś cudem zostaje napisana. Oto ona:

Każdego dnia, siada do swojego biureczka i popełnia określoną liczbę słów. Ma ustaloną, żelazną zasadę – 1000 słów na dzień. To jest jak rytuał, każdego dnia, pisze te swoje słowa i nie odchodzi od maszynopisu, dopóki nie zostaną napisane.

KAŻDEGO DNIA.

Nieważne, że nie ma weny, nieważne, że temat się nie klei, nie ważne, że zapomniał, że w rozdziale drugim postać o której pisze już zginęła (przesadzam) – ważne, że kontynuuje, nieustannie prowadzi akcję i projekt do przodu. Każdego dnia 1000 słów.

Po 64 dniach to daje już 64000 słów, czyli przeciętną książkę właśnie.

Później oczywiście edycja, poprawki, korekta i cała ta post-produkcja, ale materiał jest już względnie gotowy. Teraz czas na chwilę odpoczynku i kolejne dzieło.

Ja też tak robię. I stosunkowo dobrze działa. Czuję spełnienie w takiej rutynie, i wiem, że codziennie takie działanie przybliża mnie do postawionego sobie celu.

Ogłoś to światu.

Z doświadczenia wiem, że idea społecznej nagonki potrafi zdziałać cuda, jeżeli chodzi o zmotywowanie do pracy. To, oraz całkowicie poważny dedlajn, potrafią ocucić z prokrastynycznego transu niejednego opóźniacza. Tworzysz sam sobie delikatną presję oczywiście, ale ma ona ważne zadanie, czyli uparcie gonić cię z widłami terminów, aż nie zakończysz swojej pracy.

Dobrym pomysłem też jest umówienie się z jakimś bliskim człowiekiem o równie poważnych zapędach, i wzajemne pilnowanie i rozliczanie się z przebytych milowych kroków.

Posiądź kalendarz.

I odznaczaj sobie dni, w które wypełniasz swoje powinności. Nic tak nie cieszy, jak widok czerwonych ptaszków w miejscach poszczególnych dni i myśli, że każdy z nich przybliża Cię do celu.

Dawaj sobie nagrody.

I chociaż ukończenie wyznaczonego fragmentu tekstu, czy wybudowanie ściany w domu, czy zrzucenie kilku kilogramów, jest nagrodą samą w sobie, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś porozpieszczał się, poodpoczywał, pokontemplował, porobił coś mega przyjemnego, co nie wiąże się z Twoim projektem, niezależnie czego dotyczy. Takimi wzmocnieniami pozytywnymi tresujesz trochę swój umysł, uczysz nowego trybu pracy, szanujesz jego Mądre Lenistwo.

Nagrodą może być odcinek ulubionego serialu na netflixie (wiedźmin!), czy kolejny rozdział fenomenalnego czytadła, skok na sok z psiapsiułem, cokolwiek lubish.

Wyłącz Fejsbunia.

Jeżeli przychodzi Ci z trudem nie oglądanie poczynań znajomych i nie wyszukiwanie najnowszych wydarzeń typu w 2020 roku nie kupię fiata multipla, i rączka z automatu wpisuje już w wyszukiwarkę upragnione “f”, mam dla Ciebie fajne rozwiązanie.

Jeśli korzystasz z Chroma, zainstaluj sobie wtyczkę: News Feed Eridicator. Nie sprawia ona, że dostajesz całkowitego bana na facebuczka, a robi fajny myk, polegający na tym, że zamiast badziewiastego feedu na łolu, codziennie dostajesz fajny, inspirujący cytat (mój dzisiejszy to: “If we don’t discipline ourselves, the world will do it for us.” Pasuje, co?)

Jeśli Twoją główną siłą rozpraszającą są też śmieszne kózki na instgramie, polecam aplikację Forest: Stay Focused. Jest śliczna graficznie, i w miły sposób motywuje Cię do skupienia się na Twoich zadaniach, a nie na kózkach. Ustalasz sobie w niej czas, w jakim nie chcesz korzystać z telefonu, tym samym sadząc wirtualne drzewko. Jeżeli wyjdziesz z aplikacji i zaczniesz grzebać po internietach, drzewko umrze. Jeśli dokończysz zadanie, drzewko wyrośnie na zdrowe i silne i stanie się protoplastą całego lasu wirtualnych drzewek.

(Jakże motywujące byłoby zapdejtowanie aplikacji do trybu real-life, gdzie po każdej godzinie spędzonej na robieniu rzeczy twórczych, gdzieś na świecie sadzone byłoby drzewo… c,nie?)

Twórczego 2020, od samego początku!


Jakie masz sposoby, żeby robić i się nie narobić? Jakie plany, poczynania, marzenia – w nadchodzącym pięknoliczbowym 2020?

Jakie rzeczy już wykreowałeś w swojej główce? Chcesz umówić się z kimś na sajdkickowanie w wyzwaniach? Dołącz do grupy na facebooku Przestrzeń Prawdy i porozmawiaj z fajnymi ludźmi, o wszystkim co Cię nurtuje, podziel się swoim doświadczeniem. 

W 2020 szykują się duże zmiany odnośnie wyjątkowych treści specjalnie dla Patronów Stróżów, którzy aktywnie współtworzą Arbuzenowe światy. Dołącz do nich i zyskaj dostęp do ślicznych, pachnących niepublikowanych materiałów, sneek peeków z powstającej książki i tekstów w wersji ałdio!

(Visited 179 times, 1 visits today)