Pamiętam swój pierwszy kompletnie owocowy posiłek. Było to smoothie z banana, gruszki, szpinaku, posypane orzechami włoskimi, jagodami goji i nasionami chia. Teraz zapewne trawiłoby mi się to fatalnie, ale na tamte czasy, to było jak objawienie. Jakby mnie trafiła świetlista strzała mądrości i szczęścia. Nie spodziewałam się, że tak właśnie będzie smakować moje nowe życie.

Po latach przełykania gorzkiej flegmy rzeczywistości którą sobie sama stworzyłam, zapomniałam, że życie może smakować inaczej. Że może być słodkie, piękne, delikatne i przyjemne. Że każdy moment to wybór – wybór należący całkowicie do nas samych. Dla mnie ten owocowy szejk jest właśnie symbolem tego wyboru i idącego za nim odrodzenia, które następuje w każdej chwili naszej egzystencji. Symbolem naszej ludzkiej twórczej siły i mocy, symbolem tego, że nie jesteśmy wypadkowymi naszej przeszłości, tylko kreatorami momentu obecnego. Najlepiej świadomymi, rzecz jasna.

Wtedy, w tamtym momencie, nie myślałam o tym, że poprzez jedzenie dojdę do stanów nieziemskich – że dojdę do kosmicznej wiedzy – między innymi do tego, jak można sobie stworzyć tutaj na Ziemi swój własny raj, świat idealny.

Okazało się – jak to w życiu bywa – że rzecz, która sprawiała najwięcej zamieszania i trudności, stała się moją drogą do szczęścia. Jedzenie, które zawsze było dla mnie problemem, stało się moją własną furtką do krainy wolności i głębokiego pojęcia świata w którym żyję.

Pamiętaj, nie przez przypadek trafiłeś na ten tekst. Przez to, że czytasz właśnie te słowa – w Twoim umyśle powstaje nowy obraz, stwarzają się nowe ścieżki myślowe, ukazujące nowe możliwości. Być może w tym momencie w Twojej główce zakwitła myśl, że jednak możesz zmienić wszystko w Twoim życiu, ułożyć od nowa tą piękną budowlę z klocków. I być może, potrzebujesz właśnie do tego wsparcia, jakie daje surowe jedzenie.

Zresztą, przekonaj się sam dokąd Ciebie zaprowadzi ścieżka, wyłaniająca się spomiędzy drzew owocowych i gęstwiny zielonych liści. Ja tylko przy niej stoję i wskazuję na nią palcem. Z olbrzymim zacieszem na ustach, i dobrym słowem dla chętnych wędrowców.

Wchodzisz w to? Jeśli tak, to scrollnij na dół. A potem pobaw się tym, czego się dowiedziałeś. Doświadczaj.

Przejdźmy do części formalnej, czyli witarka dla noobów.

Od razu Cię uspokoję – nie musisz całkowicie zmieniać swojego odżywiania na surowe. To od Ciebie zależy, ile tej surowizny będzie w Twoim jadłospisie. Dostosuj go do siebie i pod siebie, tak, by nie kolidował z innymi Twoimi doświadczeniami w tym życiu. Eksperymentuj i ciesz się z tego doświadczenia, uczyniając je takim, by jak najlepiej służyło Tobie. Możesz zostać tylko przy surowym śniadaniu, a możesz też uczynić surowe rośliny Twoim jedynym pokarmem, jak ta śmieszna dziewczynka, która w tej chwili siedzi po drugiej stronie komputera i pisze te słowa. Whatever works for you. Niezależnie od tego, zachęcam, żebyś spróbował. Nic nie masz do stracenia, jeżeli to się dla Ciebie nie sprawdzi, zawsze możesz wrócić do swoich starych przyzwyczajeń – wrócić na swoją starą, znajomo wydeptaną ścieżkę.

Jedzenie to narzędzie – ma służyć człowiekowi, a nie człowiek jedzeniu.  Narzędzie to, może całkowicie ułatwić, usprawnić, urozmaicić Twoje życie i spowodować, że prościej Ci je będzie zaprojektować po swojemu. A ja Ci w tej chwili przedstawię jeden ze sposobów, w jaki tego narzędzia możesz używać, i każdego dnia cieszyć się z tego młoteczka zdobiącego Twoją skrzynkę z życiowymi narzędziami.

(TUTAJ możesz się dowiedzieć więcej, dlaczego surowe jedzenie jest takie odlotowe.)

Od czego zacząć?

Niezależnie w jakim miejscu żywieniowym jesteś obecnie, czy jesz mięso, czy jesteś milktarianem czy wieloletnim roślinożercą – zacznij od surowego śniadania.  Ważne jest, żeby ten świetlisty posiłek był przed wszelkim innym jedzeniem, szczególnie gotowanym, bo w twoim jelitku może dojść do przykrej w skutkach fermentacji. Owoce i soki to najszybszy jedzeniowy bolid, który chce jak najszybciej przejechać przez jelitowe szlaki, a wszelkie inne jedzenie – może go blokować. W rezultacie stwarza się korek, gdzie wszyscy zaczynają krzyczeć na siebie i przeklinać, by w ten sposób poradzić sobie z zaistniałym napięciem – i to są właśnie wzdęcia, gazy i inne śmieszne rzeczy, które powstają w naszych zabawnych ciałach, jak coś nie do końca im się podoba.

Boskie Labolatorium

Dużo się kiedyś wczytywałam w witariańskie fora, zapominając o tym, że to mój własny organizm – ta żywa świadomość, to jedyna instytucja, jakiej powinnam się słuchać. Ciało czyli nasze własne, totalnie inteligentne boskie laboratorium, wie dokładnie, czego mu potrzeba. Co prawda, kiedy jego inteligencja jest przytłumiana stale pokarmami, które mu nie służą, ciężko odczytać delikatne sygnały, które z każdym momentem wysyła. Ale wystarczy, że świadomie zaczniemy wprowadzać pokarm pochodzący z natury, a nie z fabryki – i tak krok po kroku, sygnały będą się stawać coraz wyraźniejsze i w pewnym momencie, staniemy się powiernikiem najgłębszych sekretów naszego ciała. Bo ono doskonale wie, co mu służy, a co nie – wystarczy tylko się otworzyć i zacząć słuchać.

 

Krok 1. Znaczenie Zielonego

Na początku nie zacznę od owoców, ale od zielonego. Zielone jest jak balsam dla wymęczonych przetworzonym jedzeniem jelit. Pozwala na rozwinięcie dobrej flory bakteryjnej w Twoim przewodzie pokarmowym i oczyszczenie go, od pozostałości mamby jedzonej na potęgę w piątej klasie. Im więcej jesz zielonych liści, takich jak szpinak, sałata, jarmuż i tak dalej, tym bogatsza staje się Twoja flora bakteryjna. Serio możesz sobie wyobrazić te bakteryjki jako Sknerusów Mackwaczów kąpiących się w swoich złotych skarbcach, kiedy im dostarczasz dobry pokarm.  A im bogatsze się one stają – tym szczęśliwszy i zdrowszy jesteś Ty. Bo te śmieszne stworzonka dzielą się z tobą obfitością, stworzoną przy użyciu dobrego materiału który im dostarczyłeś jako ich szef i klient w jednej osobie.

Żywienie owocowe bez zielonego jest dla mnie jak stół bez nóg, i nie przesadzam wcale. Przynajmniej w naszych warunkach. Bo jestem przekonana, że dobrej jakości owoce są idealnie zbalansowane – to znaczy dają jednocześnie zastrzyk cukrowy i mineralny – są słodko słone, i przez to kompletne. Gdyby takie mieć na wyciągnięcie łapki, to być może zielone by już tak nie było tak potrzebne (Jak w zeszłym roku byłam w Tajlandii i miałam tą przyjemność jeść papaje i dragonfruty prosto z drzewa, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby tknąć cokolwiek zielonego. Byłam tam tylko przez dwa tygodnie – dlatego będę potrzebowała przedłużyć ten eksperyment, by pogłębić moje doświadczenie w tym temacie i zobaczyć na własnej skórze, jak to rzeczywiście jest. Podróż jest w trakcie manifestowania😊).

Poza tym, zielone świetnie uziemia. Kiedy haj owocowy jest zbyt wielki i nosi cię tak, że nie wyrabiasz, a ludzie dookoła tym bardziej, wystarczy łyknąć sobie zielonego soku albo przegryźć listka, żeby powrócić do względnej normalności, która pozwala na funkcjonowanie w rzeczywistości 3d.

Zielony Rytuał

Na początku, tak żeby przyzwyczaić swój organizm do surowego świetlistego pokarmu – stwórz sobie rytuał. Rytuał może wyglądać tak – na dobry początek dnia, na czczo szklanica zielonego soku. Niezależnie od tego, czy przez resztę dnia będziesz jadł jedzenie surowe, czy zajadał się pączkami z masłem – taka dawka chlorofilu i innego dobra jest na wagę złota dla Twojego kochanego ciałka.

Może to być sok z selera albo szpinaku. Jeżeli jest dla Ciebie za intensywny, podaruj mu towarzystwo w postaci słodkiego jabłuszka – troszkę złagodzi jego surowy temperament.

Być może na początek nie będziesz przekonany, co do tego pomysłu jedzenia czy picia trawy – ale twoje ciało prędzej czy później podziękuje Ci za to, a Ty zaczniesz doceniać i pragnąć tego zielonego eliksiru życia. Znam wiele takich przypadków, a jednym z nich jestem ja sama – na początku “łe, fujka”, a później “najlepiej by było, żeby taki sok płynął z kranu, zamiast wody.”

Po zielonym soku, jeśli jesteś zdecydowany na krok drugi – możesz przejść do owocowego posiłku.

Krok drugi. Owocowe Otwarcie

Weź sobie swojego ulubionego owocka. Nie jednego, weź ich kilka. To ma być posiłek, a nie przekąska. Musisz po prostu przełamać schemat, że owoc jedynie między posiłkami i to w małych ilościach. To ma być śniadanie, które da Ci kopa, aż do następnego posiłku. Zjedz tyle, żeby poczuć milutką satysfakcję, w połączeniu z lekkością – z mojego doświadczenia wynika, że taki stan ze wszystkich pokarmów na świecie, dają tylko owoce. To jest tak wspaniałe i zadziwiające – najadasz się, jesteś mega zaspokojony, a jednocześnie chce Ci się żyć, biegać, latać, a nie spać przed tv. Życie nagle staje się żywe, żywsze niż kiedykolwiek.

Melony są cudowne rano, zdecydowanie to obecnie moi faworyci pośród śniadaniowych owoców – nawadniające, lekko słonawe a jednocześnie ociekające słodyczą. Ogólnie, najfajniej jest rozpocząć dzień dużą dawką wody stukturalnej. Melony, winogrona, arbuzy i reszta wodnistej bandy się kłaniają.

Możesz też zrobić sobie szejka z dobrych, starych przyjaciół – bananów. Wkładasz je do kąpieli wodnej razem ze szpinakiem, i ewentualnie czymś do dosłodzenia – daktylami albo (w wersji nie do końca wegańskiej) dobrej jakości miodem i miksujesz. Przez pierwsze dwa lata mojej surowej drogi jadłam takie zmiksowane śniadanie codziennie, i dzień w dzień dawało mi ono energetyczno-mineralnego kopa, który nastrajał mnie pozytywnie na cały dzień. Polecam, szczerze i od serca.

Nie ma nic prostszego. Zielone-owoce-zielone-owoce. Zielone. Owoce. Zielone z owocami. Kropka. To najprostszy styl życia, nie licząc bretarianizmu.

Spróbuj włączyć zielone soki i takie owocowe śniadania (jak wybierzesz jedne z nich, też będzie supi) przez miesiąc, i zobacz co się stanie.

Doświadczaj. A później tu wróć, i napisz jak było. W następnym odcinku z serii, dowiesz się, co możesz zrobić, żeby włączyć JESZCZE więcej surowizny do swojej diety i jak to zrobić, żeby łagodnie przestawić się z gotowanego jedzenia na surowe. Stej tjund maj frend.

Ściskam,

Królik

(Visited 892 times, 1 visits today)